Nowy Początek

Jestem wielką fanką filmów science fiction. Wymagam od nich nie tylko świetnej jakości efektów, ale przede wszystkim dobrego pomysłu. Fabuła „Nowego początku” stawia ludzkość przed nie lada wyzwaniem. Któregoś dnia nad kilkunastoma miejscami naszej planety pojawiły się olbrzymie statki. Nikt nie potrafi domyślić się po co i skąd przybyły, a na dodatek nie bardzo wiadomo jak o to spytać ich właścicieli. Wszak nikt na Ziemi nie mówi po kosmicznemu. Na szczęście, jak zawsze w filmach sci-fi, udział głównej bohaterki (specjalistki od tłumaczeń) w misji pt. „ratowanie świata” okaże się nie do przecenienia. Uff.

Temat filmu rzeczywiście jest dość ambitny, bo podzielony na dwie płaszczyzny. Jedna z nich opowiada o przybyciu obcych na Ziemię, co jest dawno zgranym banałem, ale pokazanym w bardzo przykuwający sposób. Przede wszystkim dzięki sprawnie budowanemu napięciu oraz świetnym efektom specjalnym. Twórcy filmu podziałali mi na wyobraźnię i naprawdę trwałam w napięciu, szczególnie w jego wstępnej części, gdy wszystko było pokazywane pierwszy raz. Do tego zachwyciły mnie rewelacyjne kadry i posępna atmosfera. Bardzo lubię taką estetykę. Aura tajemnicy całkowicie mnie wciągnęła i bardzo urzekła. Tylko widok kosmitów rozczarował mnie na całej linii. Natomiast historia oparta na próbach porozumienia się z nimi, odwiedzaniu ich statku, śledzeniu pomysłów tłumaczki, wojska i całej reszty specjalistów od sytuacji kryzysowych, była świetnie skonstruowana. Dało się poczuć lekkie przytłoczenie, ustępujące ekscytacji związanej z postępami w pracy. To właśnie lubię w tym gatunku – próbę odpowiedzi na pytanie „co by było gdyby”.

Druga płaszczyzna filmu to wątek filozoficzno – fizyczno – popularnonaukowy, dodam że całkiem mocno spaprany. Zawsze przy pisaniu recenzji istnieje pokusa, żeby zdradzić za dużo, ale że zazwyczaj dzielnie się jej opieram, porównam tylko „Nowy Początek” do „Interstellara”. Z dużym wskazaniem na ten drugi pod względem logiki i poziomu rozkminy.

Niestety, pod koniec bywały momenty, gdy miałam ochotę mocno chlasnąć się czoło i zapomnieć to, co własnie zobaczyłam na ekranie.

.Sprawy osobiste głównej bohaterki, zagranej na piątkę przez Amy Adams, trochę popsuły mi przyjemność z kibicowania jej pomysłom. Było za dużo wątków na raz, a końcowe wyjaśnienie jej perypetii zamiast mnie zadziwić, raczej rozczarowało.

Największą wadą filmu jest to, że przy ciekawym pomyśle i rewelacyjnej realizacji, bardzo napompował moje oczekiwania, a na deser dostałam naiwne i czasami nie do końca sensowne rozwiązania i lekki niedosyt. Tak jakby twórcy „Nowego początku” zmęczyli się rozwojem historii i poszli na skróty, byleby skończyć i mieć z głowy. A może po prostu ich własna opowieść ich przerosła?

Nie mniej jednak film warto obejrzeć ze względu na to, że budzi emocje i jest prawdziwą ucztą dla oczu. Mimo że nie zaspokaja całkowicie apetytu, to jest to nadal kawał całkiem dobrego kina. Tylko po prostu nie napalajcie się na niego tak bardzo jak ja.