Chocolat

Lubię biografie. Potrafią mnie nieźle zainspirować. Poza tym uczą – nie tylko o osobie, której losy przedstawiają, ale też o czasach w jakich żyła.

Zdarzenia z życia człowieka mówią nieraz więcej o epoce niż jakakolwiek jej charakterystyka. Dlatego właśnie zainteresowałam się filmem opowiadającym o losach pierwszego czarnoskórego klauna, który  wraz ze swoim scenicznym partnerem, miał gigantyczny wpływ na rozwój swojej dziedziny. Historia mało znana, a naprawdę wyjątkowa.

.

.Trochę wykroczę poza typową recenzję filmu. Chcę Wam nieco przybliżyć postać głównego bohatera. Rafael Padilla był Kubańczykiem. Urodził się gdzieś pomiędzy rokiem 1865 a 1868, dokładnej daty nie znał nawet on sam. Podobnie jak swojego nazwiska. To, pod którym przeszedł do historii, przyjął znacznie później. Nigdy nie poznał też własnych rodziców. Wczesne lata swego życia spędził w slumsach Hawany.  Dramatu dopełnia fakt, że jako mały chłopiec został sprzedany europejskiemu przedsiębiorcy za 18 uncji złota.

Przypominam, że w tamtym czasie Kuba była jeszcze hiszpańską kolonią. Mały Rafael został zabrany do Sopuerty, która mieści się w Kraju Basków i rozpoczął służbę u swojego pana. Nie trudno się domyślić, że był tam źle traktowany, a jego rozwój i edukacja zaniedbywane. W wieku kilkunastu lat udało mu się uciec do Bilbao, gdzie wykonywał różne dorywcze prace, aż w końcu spotkał człowieka, który włączył go do drobnych występów w cyrku.

W tym właśnie momencie zaczynamy śledzić tę historię w kinie. Oczywiście nieznajomość wcześniejszych losów naszego bohatera nie robi różnicy w odbiorze ich ekranizacji, ale zostały one nieco zmienione i uznałam, że warto rozszerzyć horyzonty i wspomnieć o tym jak było naprawdę.

.Wracając do samego filmu. Jest czymś więcej niż biografią jednego człowieka i opowieścią o jego wpływie na kształtowanie się sztuki klaunady. Porusza przy okazji kwestie ambicji by stać się kimś więcej niż pozwalają okoliczności, gonitwy za marzeniami, przełamywania własnych barier, walki o godność i radzenia sobie z niesprawiedliwością. Bo chociaż Chocolat był popularny i kochany, to jego gorycz wielokrotnie wylewała się z ekranu. Wydaje mi się, że kochał sławę, ale powód jej zdobycia był dla niego zbyt wielkim ciężarem.  Podobnie zresztą jak nagły, nieoczekiwany, ale gigantyczny sukces.

Obraz mówi bardzo wiele o duchu ówczesnego francuskiego społeczeństwa. O człowieku świadczy bowiem w dużej mierze to, co go bawi. Tym większy był dramat klauna, który wykrzyczał w końcu, że chce być traktowany poważnie. I wiecie co? Wcale nie jestem pewna czy w ciągu tych lekko ponad 100 lat masowe poczucie humoru zaliczyło duży progres.

Główną rolę zagrał świetny Omar Sy, a partnerował mu wnuk Charliego Chaplina – James Thiérrée. Stanowili niesamowity, wielopłaszczyznowy duet i nie wyobrażam sobie kogokolwiek innego wcielającego się w  Rafaela Padille i George’a Footit’a. Uwierzyłam im, że rzeczywiście byli dwiema stronami jednej monety.

Podczas całego seansu zachwycała mnie scenografia i kostiumy. Od prowincjonalnej arenki cyrkowej do dumnego Nouveau Cirque w Paryżu i od najbardziej reprezentacyjnych ulic tego miasta, aż po jego slumsy. Dbałość o szczegóły i piękne kadry złożyły się na rewelacyjny klimat przełomu XIX i XX wieku.

..A na koniec mam dla Was jeszcze autentyczny występ duetu Footit & Chocolat, nagrany w 1900 roku:

.

.

Pisałam ten tekst przy soundtracku z filmu. Muzyka Gabriela Yareda bardzo mocno przykuła moją uwagę. Słyszałam w niej dużo cyrku, radości i trochę Paryża. A poza tym, lekko uwierający niepokój.

Taki właśnie był Chocolat, słodko – gorzki. Obejrzyjcie koniecznie!