Blade Runner

Już wiele razy pisałam na blogu, że science fiction to mój ulubiony gatunek filmowy, więc „oczywistą oczywistością” było, że Blade Runnera obejrzę obowiązkowo. Cieszę się, że Denis Villeneuve realizuje kolejne, nietuzinkowe projekty sci – fi, bo od czasów Nowego Początku wyrasta na jednego z moich ulubionych reżyserów i myślę, że będzie godnym następcą Ridley’a Scotta (chociaż mam nadzieję, że Scott jeszcze długo na emeryturę nie będzie się wybierał).  Ale do puenty!

.

.

Blade Runnera można pokochać za kilka rzeczy. Za historię, która porusza, odwołując się do poważnych tematów w nienachalny sposób. Za nieprzyzwoicie rewelacyjną, momentami przerażającą muzykę. Za nawiązania do pierwszej wersji filmu przy jednoczesnym zachowaniu odrębności. Za fantastyczne Los Angeles przyszłości – monumentalne, nowoczesne, zatłoczone, ale mimo to uderzające pustką, samotnością i napawające niepokojem, mroczne do bólu miasto. A ponad to wszystko za napierający z każdej strony, ciężki, lepki, dystopiczny klimat, w którym zanurzamy się od pierwszej do ostatniej klatki. Obraz dopracowany jest w każdym szczególe i wizualnie stoi bardzo wysoko, ciesząc oko nie tylko dzięki solidnym efektom specjalnym, ale też pięknym, wysublimowanym kadrom.

Jest też dobrze zagrany. Miło było zobaczyć ponownie Harrisona Forda jako Ricka Deckarda w uniwersum „Łowcy androidów”, a aktorzy młodszego pokolenia, przepełniony emocjami Ryan Gosling i przykuwający Jared Leto, nie tylko dotrzymali mu kroku, ale też myślę, że można powiedzieć, że przyćmili. Również Ana de Armas i Sylvia Hoeks wypadły bardzo dobrze, chociaż nie są to kreacje, do których będę wracać myślami.

.Wspomnieć jednym zdaniem o muzyce z tego filmu to by było za mało. Początkowo stworzyć miał ją w całości Jóhann Jóhansson, który komponował m. in. do Nowego Początku i Sicario, ale ostatecznie zastąpili go Hans Zimmer i Benjamin Wallfish.

Zimmer ma to do siebie, że jego muzyka prowadzi emocje jak po sznurku – w przypadku Blade Runnera wpływała na moją percepcję może nawet bardziej niż Ryan Gosling 😉 Musicie mi wybaczyć to babskie zboczenie z głównego toru – już wracam do zachwytów nad soundtrackiem. W pierwszej wersji, z 1982 roku, za ścieżkę dźwiękową odpowiadał Vangelis. W „Łowcy Androidów” soundtrack nakreślił wiele i przeszedł do historii muzyki filmowej (zgadnijcie czego właśnie teraz słucham). Porównując oba filmy, myślę że Zimmer sprostał wyzwaniu i wspaniale wpisał się w klimat dopełniając całości, chociaż muszę przyznać, że jest dość charakterystycznie dla jego kompozycji z ostatniego czasu i wielkiego przełomu tu nie znajdziecie.

Siłą Blade Runnera, jak na dobre kino przystało, na pewno jest fabuła. Z jednej strony dość prosta, bo mamy do czynienia  ze zwykłym z pozoru śledztwem, prowadzonym przez łowcę androidów – Oficera K, ale przeistaczającym się w pełną zwrotów akcji, trzymającą w napięciu intrygę, gdy okazuje się, że trafił on na tajemnicę, która może zburzyć panujący na świecie ład. Jedyne co mogę zarzucić, to momentami jest zbyt dosłownie, tak jakby reżyser bał się, że widz sam nie domyśli się o co chodzi i nie zrozumie zakończenia.

.Jest jeszcze drugie dno. Mimo że kwestia replikantów, sztucznych ludzi, którzy nie różnią się od nas tak bardzo jak nam się wydaje, jest jeszcze domeną naprawdę bardzo dalekiej przyszłości, to jednak problem etyczny, związany z naukową ingerencją w proces tworzenia jest jak najbardziej aktualny. Powracają, znane chociażby z „Prometeusza”, pytania o tożsamość i o odpowiedzialność za to co się powołuje do życia, o konsekwencje z tym związane, a przede wszystkim o różnice pomiędzy naturalnym, a sztucznym. Czym różni się replikant od człowieka poza tym, że nie posiada duszy? Ile trzeba, żeby zaczął szukać w sobie ludzkiego pierwiastka? Czy człowiek jest w stanie stworzyć coś bardziej ludzkiego niż on sam? Wizja świata, w którym prawdziwe relacje i uczucia, zastępowane są przez ich imitacje, jest przytłaczająca. Ale w jakiejś mierze dotyczy nas już dziś.

.Co tu dużo mówić. Okazuje się, że Denis Villeneuve, Ridley Scott i Hans Zimmer to dla mnie połączenie idealne. Z kina wyszłam pod wrażeniem i bez najmniejszego poczucia niedosytu, za to z refleksją, że ten film zdecydowanie przebił ostatniego Obcego. Jeśli Villeneuve w takim stylu odświeża stare klasyki, to teraz tym bardziej nie mogę doczekać się jego ekranizacji nowej wersji Diuny.

Ocena dla Mediaktyryk: 10